Jesień – urodzaj na pająki
Cygańska smoła, zmięte łąki
I czas gorącej smagłej urody
I wiatry wiatry zawalidrogi
W sińcach pod okiem w środku drogi
Balladowicze i paliwody
I śpiew, śpiew i wołanie
I śmiech, śmiech i kochanie
W zakrytych brezentem furgonach
I komu tu garnki drutować
Komu tu rondle lutować
I komu powróżyć w tych stronach
Jadą od świtu śniadzi, słomiani
Wieją na wozach złotymi wiechciami
Każdy kołysze się w lewo i w prawo
Panny się w oknach milczące rozsiadły
I zrozumiały i nagle pobladły
I biegną za tą hulaszczą wyprawą
Szałwie i klony, czerwone listowie
Ach, zaczekajcie chwileczkę panowie
I wchodzą w twarde, żylaste objęcia
A oni błędne cygańskie plamię
Strąceni dzisiaj z nieba na ziemię
Nakrywają je płachtą szczęścia
I odjeżdżają jesienni, liściaści
Ojcowie nas wszystkich i protoplaści
Drogą, łąkami i polem wymiętym
I jadą razem w świat zakochani
Przyszli nieznani, odchodzą nieznani
Pod szeleszczącym, miłosnym brezentem